Władziu Liberace – najjaśniejsza gwiazda Las Vegas.

   Władziu Liberace? Wielki Liberace? Mówi Wam coś to nazwisko? Pewnie nie… Większość ludzi, których znam nie wie, kim był Liberace. Szkoda, bo jego historia, talent i kiczowata oryginalność stały się inspiracją dla takich artystów jak Elvis Presley, Michael Jackson, Madonna czy Lady Gaga. Tak, ich już znają praktycznie wszyscy.

   Dlatego dzisiaj będzie o Liberace. Zapomnianym, kontrowersyjnym i niezwykle utalentowanym pianiście, którego występy w Las Vegas gromadziły tłumy. Będzie o kandelabrach, futrach, wielkiej miłości, ogromnej tajemnicy, strasznej chorobie i cichym pogrzebie. Będzie o niezwykłym człowieku ze zwykłym podejściem do ludzi.

Rodzina Władzia.

   Być może zastanawiacie się dlaczego używam słowa Władziu, a nie Władysław czy (pewnie) oryginalnego, amerykańskiego imienia – Walter. Zaskoczę Was – To jest właśnie jego prawdziwe imię.

   Władziu Valentino Liberace urodził się 16 maja 1919 roku w West Allis (Wisconsin, USA). Miał brata bliźniaka, który zmarł podczas porodu. Jego ojciec – Salvatore Liberace – był imigrantem z Włoch. Zarabiał grą na trąbce i pracą w lokalnej fabryce. Natomiast matka, tutaj wyjaśnia się kwestia imienia, była Polką. Frances Zuchowska natychmiast dostrzegła niezwykły geniusz muzyczny syna. Sama bardzo dobrze grała na pianinie i taką przyszłość widziała dla Władzia. Liberace miał jeszcze trójkę rodzeństwa, dwóch braci – Georga i Rudiego oraz siostrę Angelinę. Warto dodać, że dość nietypowe imię – Władziu – wzięło się z ogromnego sentymentu Frances do polskich korzeni. Później często nazywano go „Lee” (tak mówił do niego Scott Thorson) lub „Walter”.

Liberacze z rodzicami – Salvatore oraz Frances. Żródło: Internet.

Talent i trudne początki.

   Niestety, życie rodziny Liberacego nie upływało w miłości i dobrobycie. Mimo talentu oraz pasji do muzyki klasycznej Salvatore i Frances nie należeli do ludzi majętnych. Problemy finansowe rzutowały na ich relacje. Dużo później, po kilkunastu latach małżeństwa Salvatore odszedł do innej kobiety. Władziu, który bardzo kochał matkę, choć była to miłość toksyczna, nigdy mu tego nie wybaczył.

   Warto dodać, że Salvatore posługiwał się językiem włoskim, a Frances polskim. Oboje w sposób szczątkowy znali język angielski, a byli zmuszeni się nim porozumiewać. W związku z tym ich dzieci nauczyły się mówić „połamanym angielskim”. Władziu wspominał później, że w szkole miał ogromne problemy z komunikacją, co wpływało na nawiązywanie szkolnych znajomości.

   Liberace już jako dziesięciolatek dawał pierwsze koncerty przed publicznością. Występował w salach koncertowych i teatrach bawiąc ludzi muzyką popularną. W wieku 14 lat dołączył do Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej. To właśnie wtedy spotkał Ignacego Jana Paderewskiego, który poradził mu, by na potrzeby estrady zrezygnował z dwóch pierwszych imion – Władziu Valentino. W ten sposób narodził się Liberace, który postanowił ku rozpaczy ojca porzucić muzykę klasyczną i ruszyć na podbój Las Vegas.

   Młody „Lee” miał talent skupiania uwagi, zabawiania publiczności. Doskonale odnajdywał się na scenie… Brakowało mu tylko tej jednej iskry, która rozpali jego karierę…

„Trzy małe rybki.”

   Każda gwiazda od czegoś zaczynała, a Liberace zaczął od „Trzech małych rybek”. Poważnie.;)

   Zanim nasza gwiazda wyruszyła do „miasta grzechu”  występowała jako muzyk klasyczny. W 1939r.  „Lee” grał koncert w miejscowości La Cross w Wisconsin. Gdy zakończył swój klasyczny występ zaczął się przekomarzać z publicznością, wywołując ogólny entuzjazm. W pewnym momencie ktoś z sali poprosił go o zagranie słynnej, bardzo infantylnej piosenki radiowej  – „Three Little Fishies”. Liberace zgodził się, serwując uśmiechniętym słuchaczom ten numer w wersji klasycznej. Szybko zauważył, że to bawi ludzi i przyciąga ich uwagę. To było właśnie to, co później pozwoliło mu osiągnąć sukces. Połączył swój niesamowity talent muzyczny, kiczowate piosenki i stroje z własną osobowością. Nie ma nikogo przed Liberace i nikogo po Liberace, kogo można by porównać do niego.

   To stanowiło dopiero początek jego kariery. Później trafił do Las Vegas, otrzymał własny program telewizyjny, jego występy przyciągały tłumy i na zawsze zapomniał o biedzie. Sposób w jaki prowadził swoje „przedstawienia” zachwycał i inspirował innych, a publiczność kochała go do szaleństwa. Ale należy wspomnieć o jednej rzeczy, która towarzyszyła mu prawie od początku działalności estradowej. Przedmiotem tym był… Kandelabr.;)

Liberace, fortepian i kandelabr. Źródło: Internet.

Liberace i kandelabr. Źródło: Internet.

Liberace i kandelabr. Źródło: Internet.

Liberace i kandelabr. Źródło: Internet.

   „Lee” uwielbiał kandelabry i fortepiany. Miał dziesiątki tych przedmiotów. W jednym z domów wybudował nawet basen w kształcie fortepianu… W ogóle Liberace uwielbiał piękne przedmioty.

Zbyt wiele dobrego jest… Wspaniałe!

   Wyobraźcie sobie faceta, który wjeżdża na scenę wysadzanym kamieniami Swarovskiego Rolls Roycem. Następnie szofer pomaga mu wysiąść, a oczom zgromadzonych gości ukazuje się niewysoki, starszy mężczyzna, stylizowany na Elvisa, w wielkim, białym futrze z kilkumetrowym trenem.

  Muzyk bierze w dłoń mikrofon i zamiast ukłonić się, powitać publiczność mówi: Widzicie to piękne futro? Podoba Wam się? Kosztowało 300 tys. dolarów. Jest wykonane z norweskich lisów i są tylko dwa takie egzemplarze na świecie… Obydwa mam ja. – Sala w tym czasie szaleje. Kobiety piszczą zachwycone. Mężczyźni wyglądają na rozbawionych. Następnie Liberace pozwala gościom z pierwszego rzędu dotknąć futra, a później zdejmuje je i przekazuje szoferowi, który odjeżdża. „Lee” często żartował, że to jedyne futro na świecie z własnym samochodem i szoferem.

  Po takim wstępie Władziu zasiada do ozdobionego kandelabrem fortepianu, poprawia pierścionki (oczywiście w kształcie fortepianu, kandelabra… itd.) i zaczyna grać. Gra niesamowicie. Mimo licznych ozdób na dłoniach jego palce z wyczuciem śmigają po klawiszach. Raczył gości muzyką popularną w wersji klasycznej (taki pierwowzór Filharmonii Dowcipu) Kochał muzykę i robił z nią co chciał, a publiczność to kochała. Poniższy filmik jest kwintesencją gustu, stylu, fantazji i talentu Władzia:

   Przepych nie ograniczał się jedynie do sceny. Władziu kupował domy, samochody, fortepiany w ilościach przemysłowych. Wszystko co miał ociekało marmurem, złotem, brylantami i futrami. Uwielbiał kupować prezenty ludziom, których kochał. Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć: Odbiła mu palma. Kupuje drogie, kiczowate przedmioty, bo nie wie co robić z pieniędzmi. – Fakt, cierpiał na straszny zakupoholizm, ale to nie wynikało z szaleństwa tylko specyficznego oderwania od rzeczywistości. Mimo zarabianych milionów nadal występował, nadal przykładał się do swojej pracy i nadal szanował swoich fanów, co nie było standardem w tamtych czasach.

Liberace w wannie. Źródło: Internet.

   Powiem Wam, że podoba mi sie ten bajkowy wizerunek, bo wbrew pozorom, jest on niezwykle spójny i prawdziwy. Są tacy ludzie… Gwiazdy, które ubierają się inaczej niż wszyscy i zachwycają talentem. Violetta Villas taka była… Żałuję, że nigdy nie wystąpili razem w Las Vegas. „Lee” mawiał: Zbyt wiele dobrego jest wspaniałe – i choć na co dzień nie nosił futra ani błyszczących marynarek, to lubił otaczać się luksusem.

Inspiracja.

   Na występy Liberacego przychodziły takie sławy jak Michael Jackson czy Elvis Presley. Teraz trudno w to uwierzyć, ale to właśnie Presley wzorował swój wizerunek na Liberace, a nie odwrotnie.

Elvis, Liberace i kandelabr. Źródło: Internet.

   Do domu Władzia przychodził też Michael Jackson. Oczywiście, był już wtedy bardzo sławny i nie zamierzam twierdzić, że „Lee” go wylansował, ale na pewno udzielał mu rad dotyczących występów: – Słuchaj Mike, może marynareczka taka bardziej zdobna? Może mały kandelabr gdzieś w tle? – Coś w tym stylu.;)

Jackson i Liberace. Źródło: Internet.

  Niewiele osób wie, że to właśnie Liberace odkrył i wylansował Barbarę Streisand. Kiedy w Las Vegas nie chciano, by śpiewała dziwna kobieta z wielkim nosem zagroził, że on również nie wystąpi i tak świat usłyszał niesamowity głos kobiety z wielkim nosem.

Barbara i Liberace. Źródło: Internet.

   Przyjaźnił się też z Dolly Parton i wieloma innymi sławami tamtych czasów.

Dolly Parton i Liberace. Źródło: Internet.

Cycuś Scott.

   Wspomniałam wcześniej o szoferze, który towarzyszył „Lee” na scenie i poza nią. Od 1977 roku był nim osiemnastoletni wówczas Scott Thorson. To jest ten moment w którym przejdziemy do wielkiej tajemnicy Władzia. Niestety, stała się ona przyczyną licznych problemów Liberacego i doprowadziła do jego śmierci.

Scott i Liberace. Źródło: Internet.

   Liberace był homoseksualistą. Wiedział to od czasów nastoletnich. Deklarował wiarę w Boga, katolickie wychowanie, ale nie potrafił zapanować nad swoimi potrzebami, więc chorobliwie ukrywał swoją orientację. Wierzył, że ludzie mu nie wybaczą bycia gejem. Bał się ich reakcji. Strach zamienił się w obsesję z którą funkcjonował aż do końca, bo nigdy publicznie nie wyjawił prawdy.

   Miał wielu kochanków, ale tylko z jednym nawiązał niezwykłą relację. Scotta poznał podczas jednego ze swoich występów. Zatrudnił go później jako szofera i pomocnika. „Lee” i „Cycuś” (tak nazywał go Władziu) Przez 5 lat stanowili udaną parę… Ach, cóż to były za lata.

Być jak „Lee”.

   Scott z dnia na dzień trafił do bajkowego świata o czterdzieści lat starszego kochanka. Szybko się w nim zaaklimatyzował. Odpowiadała mu tajemnica wokół ich relacji i atencja, jaką darzył go gwiazdor. „Lee” kupował mu prezenty, zabierał na wycieczki, a nawet zrobił operację… Pewnego dnia do ich domu przybył chirurg plastyk (niestety, uzależniony od narkotyków i alkoholu, ale kto mógł wtedy podejrzewać). Liberace umówił się na lifting, a potem zapytał czy Scotta nie można by upodobnić do niego. Tak też się stało, choć po operacjach Scott został narkomanem i wyglądał jak napompowana lalka, a Liberace nie był w stanie domknąć powiek.

   Związek zakończył się dosyć burzliwie w 1982 roku. „Lee” zaczął umawiać się z innymi mężczyznami i zawłaszczył wszystkie cenne przedmioty należące do Scotta. Ten z kolei został z dnia na dzień (o ironio) pozbawiony wszystkiego, więc poszedł do mediów i rozpoczęła się kilkuletnia batalia sądowa. W 1988 roku, czyli rok po śmierci Liberacego Thorson opublikował książkę o życiu z nim (Wielki Liberace), gdzie wyjawił wszystkie sekrety gwiazdy. Ty razem mu uwierzono.

   Tę książkę, a w zasadzie jej polskie wydanie Wam gorąco polecam. Jeżeli nie lubicie czytać, to mam inną propozycję – film. W oparciu o książkę w 2013 roku powstał film – Wielki Liberace – z doskonałymi rolami Michaela Douglasa oraz Matta Damona:

Scott, jak się czujesz?

– Nie chcę zostać zapamiętany jako stary pedzio, który zmarł na AIDS. – Te słowa w 1986 roku Liberace skierował do Scotta. To było ich ostatnie spotkanie.

   Gdy „Lee” dowiedział się, że jest chory zadzwonił do swojego byłego kochanka. Nie liczyło się nawet to, że funkcjonowali akurat w stanie wojny medialno – sądowej. Scott ze zdziwieniem odebrał telefon. Liberace unikał go od kilku lat i zawsze wysługiwał się prawnikami. Tym razem zadzwonił, żeby zapytać – Jak się czujesz? Nie musiał dodawać nic więcej. Thorson wiedział, że chodzi o AIDS, bo ta choroba stanowiła prawdziwą plagę w środowiskach homoseksualnych.

   Potem okazało się, że Scott jest zdrowy, a „Lee” musiał zarazić się podczas późniejszych kontaktów. Doszło do spotkania tej dwójki. Wtedy się pojednali, ale na happy end było już za późno.

   Władziu Valentino Liberace zmarł 4 lutego 1987 roku w swojej posiadłości w Palm Springs. Oczywiście wiele osób do tej pory utrzymuje, że zmarł na anemię lub atak serca, lub cokolwiek, tylko nie AIDS. Miał bardzo lojalnych pracowników…

Zapomniana gwiazda.

   Prawdziwa gwiazda – utalentowana, ekscentryczna i oderwana od rzeczywistości. To właśnie pomyślałam sobie, gdy pierwszy raz usłyszałam o Liberace. Nie mogłam pojąć, dlaczego się o nim nie mówi? Dlaczego film o nim nie stał się światowym hitem? Dlaczego zamknięto jego muzeum w Las Vegas? Przecież był najlepiej wynagradzanym artystą swoich czasów. Nikomu Las Vegas nie płaciło więcej.

   Scott Thorson opisał pogrzeb „Lee” jako cichą, szybką i utrzymywaną w tajemnicy ceremonię. Pojawiło się na niej kilkanaście osób. Liberace spoczął w zwykłej trumnie… Nikt mu nie zaśpiewał, nikt go nie opłakiwał, nikt nie powiedział dobrego słowa. Czy to powinno tak wyglądać? A co myśmy zrobili z Violettą Villas? Jak wyglądał jej pogrzeb i ostatnie lata życia?

   Niedobrze mi się robi, kiedy widzę jak lansuje się beztalencia, a prawdziwe gwiazdy wysyła w niebyt tylko dlatego, że nie chcą poddać się telewizyjnej plastelinie. Na szczęście, jest jeszcze Internet, które daje wybór i pozwala pamiętać o takich ludziach jak Władziu Liberace.


Źródła:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.